Alpy | Praca marzeń | Snowboard | Wolność

Pracę sezonową w Alpach znaleźć jest w miarę łatwo. Dla nas ważna jest jakość, a nie ilość. Z tego artykułu dowiesz się od podstaw, jak szukałyśmy, gdzie znalazłyśmy i jak się nam pracowało w Alpach. Na wstępie zdradzimy, że było prze najlepiej!

Początki poszukiwań pracy w Alpach

Frontignan, Francja I Wrzesień 2021

Ocierając kolejną kroplę potu z czoła, Jeżyna stwierdziła, że nigdy więcej nie pojedzie zbierać winogron, (nie wiedząc że 3 tygodnie później będzie zbierała jabłka, hehe) następnie dodała, że generalnie to ona już chce zimę.

Po pracy siadła na składanym, rybackim krzesełku przed Jeżobusem, który zaparkowałyśmy 200 metrów od plaży nad Morzem Śródziemnym i zaczęła googlować: <ski job><alps work> itp. W końcu na ekranie iPada zobaczyła hasło, które do dziś dobrze zna: “CHALET HOST”. Od razu zaczęła szukać dalej i odkryła mnóstwo podobnych ogłoszeń. Już wtedy wiedziałyśmy że to praca dla nas. Następnym krokiem było skonstruowanie maila tak, aby dobrze przykuć uwagę potencjalnego pracodawcy.

Mamy możliwość, kompetencje, czas. Niestety w takich sytuacjach ludzie często kierują się tym, co mówią ich znajomi. Usłyszałyśmy że nie da się znaleźć pracy w Alpach nie znając języka francuskiego, włoskiego, czy niemieckiego. Że trzeba wysłać tysiące aplikacji, a raczej i tak mało kto się odezwie, jeśli nie masz doświadczenia na podobnym stanowisku. Że generalnie to najłatwiej ogarnąć sprzątanie w hotelach, ale i tak pewnie nie dostaniesz karnetu, czy zakwaterowania. SERIO? Trochę wiary ludzie, a wszystko się uda. Nie od razu Rzym zbudowano. Nie słuchajmy niedowiarków.

“We are a small owner run company and take great pride in ensuring that every guest has the most luxurious and fabulous ski holiday in Châtel..” 

Widząc ten nagłówek Jeżyna doznała olśnienia – brytyjskie firmy zatrudniają w Alpach! Potem poszło niemal z górki. 5 maili, ciekawy opis kim jesteśmy/czym się zajmujemy, zdjęcia z naszych podróży, rozbudowane cv. Kliknij wyślij.

Pierwsza rozmowa o pracę po angielsku

Odpowiedź dostałyśmy na drugi dzień. Tylko i aż jedną. Tą najlepszą – jak się później okazało. Tą która sprawiła, że wiedziałyśmy, że mamy super robotę. Ale chwila chwila, zacznijmy od początku. Trzeba wspomnieć o tym, że byłyśmy przerażone, że musimy odbyć naszą pierwszą rozmowę kwalifikacyjną przez internet. W dodatku z Brytyjczykiem! („a co jak będzie miał taki akcent, że go nie zrozumiemy?!”) Co najlepsze z tego wszystkiego – siedziałyśmy wtedy na krawężniku podkradając internet od ziomka, którego poznałyśmy dzień wcześniej.

“Jesteście zajebiste, na pewno macie tę robotę, teraz tylko przekonajcie o tym pracodawcę.” – to słowa Baśki, którą poznałyśmy 2 dni wcześniej na winobraniu i słowa te miałyśmy w głowie przez cały czas rozmowy na skype’ie. To było nasze jedyne wsparcie.

Pół godziny później umawiałyśmy się z Paddym na drugi etap rozmowy. WOW.

3 dni później akceptowałyśmy warunki współpracy i dogadywaliśmy szczegóły naszego przyjazdu w grudniu do Châtel. Mamy to! WOW.

Świętowanie odbyło się jak na Francję przystało – z winem. I Baśką. A najlepsze jest to, że będąc we Francji dostałyśmy pracę we Francji.. tylko na kilka miesięcy później.

Wylot w Alpy do pracy

Châtel, Francja I Grudzień 2021

Nowy rozdział w życiu. Bilety na samolot kupione. Czy na pewno ktoś będzie czekał na nas w Genewie? Lecimy do Szwajcarii, a nie mamy nawet podpisanego kontraktu. Żadnego potwierdzenia, że nasza praca marzeń naprawdę gdzieś tam czeka. Za siódmą górą i siódmą rzeką.

Starałyśmy się te wszystkie niepewności oddalić w niepamięć z jednego prostego powodu. Już od pierwszej rozmowy z Paddym wiedziałyśmy, że połączyła nas wyjątkowa więź. Takie uczucie do drugiego człowieka, kiedy wiesz że nie zostaniesz oszukany. Kiedy wszystko brzmi idealnie w teorii i w praktyce będzie wyglądało równie dobrze. A przede wszystkim: przecież wiedziałyśmy, że on potrzebuje zajebistych pracowników na sezon, nie?

Na lotnisku w Genewie wylądowałyśmy planowo. Tam poznałyśmy Lorenzo – Argentyńczyka, który dostał ten sam wakat co my (jego sezon się skończył bardzo szybko razem ze złamanym żebrem i brakiem pracy, ale o tym później) Razem wsiedliśmy do transferu, który zawiózł nas w góry wysokie po francuskiej stronie jeziora Genewskiego. Tam zrozumiałyśmy, że jesteśmy w raju. Naszym raju.

Metr śniegu, super ludzie, pyszne wino, ekskluzywne chalety. I nie chodzi tu o miejskie toalety, z języka francuskiego chalety to domki górskie. Te “nasze” mają po kilka pięter, sauny, siłownie, jacuzzi, sale kinowe i baseny. W dwóch słowach – Francja elegancja 🙂

Zwolnienie z pracy po tygodniu

Francja „zbanowała” Wielką Brytanię. Nikt z naszych gości nie mógł przyjechać na zimowe wakacje. Paddy nie miał wyjścia – musiał nas zwolnić, choć tak naprawdę jeszcze porządnie nie zaczęłyśmy pracy. (w umowie miałyśmy klauzulę dotyczącą samiwieciejakiego wirusa)

Na koncie miałyśmy 80 euro. Ciężko powiedzieć, czy bardziej przykro nam było, że nie będziemy mieć naszej wymarzonej pracy, czy może tego że Paddy włożył ogrom pracy i pieniędzy, a teraz nie będzie miał żadnego zysku.

Miesiąc bez pracy w Alpach

MIESIĄC. Równy miesiąc bez gości w chaletach. Snowboardowy raj, stoki całe dla nas, ale coś tam by się przydało czasem zjeść. Na początku szukałyśmy innej pracy, kombinowałyśmy co dalej. Nasz najlepszy szef pod słońcem Paddy, (który w sumie już wtedy nie był naszym szefem) powiedział, że możemy zostać tak długo jak chcemy w naszym mieszkaniu. Przecież mamy karnet, więc nigdzie nie musimy jechać i że on wierzy, że granice się otworzą. A więc tak się stało.

Pomagałyśmy Paddiemu w sprzątaniu, łapałyśmy się innych zajęć. Wizzy nawet poszła do francuskiej restauracji pokelnerzyć trochę. Tak, bez znajomości języka francuskiego, tak, było ciekawie.

W połowie stycznia doczekaliśmy się. Cóż to były za emocje! Wreszcie pierwsi goście.

Czym zajmuje się chalet host?

Dosłownie tłumacząc na język polski to gospodarz domku górskiego. Mamy zadbać o to, żeby goście mieli wszystko czego potrzebują i aby ich zimowe wakacje były na najwyższym poziomie.

Codzienna rutyna

6:45 I Dzień zaczyna się wcześnie. Wstajemy tak, żeby przed 7:00 odebrać z piekarni świeże bagietki na śniadanie (są tak dobre, że możemy je jeść codziennie). Gdy przyjeżdżamy do naszego chaletu, szef kuchni już szykuje english breakfast, jajka po benedyktyńsku, czy jajecznicę. Codziennie coś innego na ciepło. My sprzątamy po poprzednim wieczorze i szykujemy bufet śniadaniowy.

7:30 I Stół nakryty, w powietrzu unosi się zapach kawy, a do salonu powoli schodzą się pierwsze głodomory. Czasem jest to 9 dzieci i 6 dorosłych, czasem paczka starszych znajomych, a czasem czwórka najbliższej rodziny z dzieckiem. Bywa różnie. Zdarzają się też imprezowicze, którzy do śniadania napiją się prosecco. Każdego traktujemy na równi, jednocześnie dopasowując się do odpowiedniego profilu gościa. Musimy sprostać im wymaganiom, wyczytać z ruchu ciała, czego im potrzeba: energetycznej muzyki, czy może jednak ciszy.

8:00 I Zaczyna się poranny harmider. Trzeba ustalić ile osób z danej grupy potrzebuje mleka bez laktozy lub wegańskiego śniadania. Pomimo wczesnej pory zawsze musimy pamiętać o alergiach konkretnych osób, aby wydać odpowiednio przygotowane posiłki, znając oczywiście imiona wszystkich gości na pamięć. Nie jesteśmy typową obsługą na ich wakacjach: stajemy się ich nieodłączną częścią, elementem układanki i porannym pocieszeniem, a także przewodnikiem po mapie okolicznych stoków. 

9:00 I Odjazd! Na stok goście jadą minibusem z naszą niezastąpioną menagerką Jess, która pochodzi z Nowej Zelandii. Dla nas – chalet hostów – jest to pora na posprzątanie po śniadaniu, a następnie “ogar” całego chaletu. Na szczęście nie zmieniamy pościeli codziennie (jest to nieekologiczne) ścielimy wszystkie łóżka, wycieramy kurze i z grubsza układamy porozrzucane rzeczy, takie jak płyty dvd, czy zabawki dla dzieci.

11:00 I Koniec porannej zmiany! Dlatego właśnie praca chalet hosta jest super. Każdego dnia mamy czas żeby iść na stok. W Châtel mieszkamy jakieś 100 metrów od wyciągu, więc wystarczy wziąć deskę, ubrać się i fruuu lecimy szusować! Czasem chodzimy po szlaku, odsypiamy lub gotujemy fondue (jest to stopiona mieszanka francuskich i szwajcarskich serów, w której macza się chrupiącą bagietkę – wizyta 2 razy dziennie w piekarni to norma).

17:30 I Wieczorna zmiana to czas na koktajle, otwarcie wina i wymianę opowieści jak nam minął dzień. Rozpalamy w kominku, a szef kuchni szykuje dla gości canapés – czyli małą przekąskę podawaną jeszcze przed przystawką. Śmiejemy się że podajemy canapés, gdy goście siedzą na kanapie, chociaż przecież nie ma to żadnego związku z językiem polskim. Po zaproszeniu gości do stołu każdy testuje wino i zaczyna się serwis. W zależności od dnia jest to 4 lub mniej dań, wszystkie przepyszne i wyjątkowe. Dobrze że możemy podjadać, bo przynajmniej wiemy co podajemy gościom. I w sumie to nieraz dostajemy większe porcje

22:00 I Czasem wcześniej, czasem później idziemy do domu. Czasem jest tak miło, że z przyjemnością zostajemy dłużej i prowadzimy rozmowy z naszymi gośćmi. Czasem po pracy idziemy do lokalnego baru, ale w Châtel nie ma zbyt dużo rozrywek, więc raczej nie ma tam wielkich imprezowych pokus. W końcu rano znów trzeba wstać. Chyba że na drugi dzień jest środa. W środy mamy wolne.

 

Czas wolny podczas pracy sezonowej

Każdego dnia pracy mamy 8 godzin dla siebie, ale to nie wszystko! Piątki są trochę leniwe, jako że po porannej zmianie już nie wracamy do obowiązków.

Środy są dniami pod tytułem: wycieczka! Mamy samochód na wyłączność do użytku każdego dnia. Daje nam to możliwość odwiedzenia znajomych, zawitania w Szwajcarii, czy po prostu zrobienia zakupów (supermarket znajduje się w dolinie). Nasze najbliższe plany na trippa to zobaczenie jaskini lodowej w Saas-Fee, góry Matterhorn w Zermatt oraz napicie się kawy z widokiem na Mont Blanc w Chamonix.

Praca w Alpach po angielsku

Z kim pracujemy? Tylko z fajnymi ludźmi! Naszego szefa już znacie. O menagerce z Nowej Zelandii też wspominałyśmy. W teamie jest jeszcze szalona hostka Bex, która wraz ze swoim chłopakiem pochodzi z Wielkiej Brytanii. Latem pracują oni na Ibizie, a zimą z nami w Châtel. Szef kuchni Jevan, który robi najlepszy na świecie Deconstructed cheesecake (czyli taki malinowy sernik, ale rozłożony na części) a do tego przywozi pyszną brytyjską kawę w ziarnach i swój młynek do niej – sztos! Na koniec został nam Andy – on też latem mieszka na Ibizie wraz ze swoją uroczą dziewczyną Lou. Zarządza on chaletami, które nie zawierają w pakiecie obsługi, ani wyżywienia. Jego zadaniem jest odpowiednio wyposażyć i zorganizować sprzątanie tych domków. W sezonie 2021/22 pracował z nami również Hiszpan Jordie, ale on teraz wrócił na Filipiny i prowadzi swoją restaurację.

Wychodzi na to że jesteśmy jedynymi pracownikami, których pierwszym językiem nie jest angielski. Fajnie! W takim towarzystwie łatwiej szkolić swój angielski do perfekcji.

Jesteśmy stokrotnie wdzięczne, że wszechświat nam zesłał możliwość poznania Paddiego i że możemy być częścią jego teamu. Czy wątek ten nazwałybyśmy przepisem na szczęście? Z pewnością. Ale z pewnością też nie dla każdego. Zresztą – nie ma tym świecie czegoś, co odpowiada każdemu, niezależnie czy mówimy o pracy, szerokości geograficznej, słodyczach, czy kolorze włosów.

Na ten moment to chyba wszystko co mamy do napisania, ale nie martwcie się – kolejny sezon już za chwilę – będzie się działo!

Jeż & Wizzy

PS Portes du Soleil (czyli nasz ośrodek narciarsko-snowboardowy) z francuskiego znaczy brama słońca. W zeszłym roku miałyśmy piękną pogodę, słońce i opalałyśmy się przez prawie cały sezon. W tym niestety od dwóch tygodni pada deszcz. Trzymajcie z nami kciuki, żeby zbocza gór znowu się zabieliły.