40 dni (prawie) dookoła Bałtyku w klapkach

Wsiąść na rower jest łatwo. Wsiąść na rower na 40 dni to już trochę większe wyzwanie. Jednak w czerwcu 2022 zrobiłyśmy to. Nasza wyprawa rowerowa dookoła Bałtyku była jedną z fajniejszych jakie same zorganizowałyśmy. Chociaż do ostatniej minuty wyjazdu żadna z nas do końca nie wierzyła, że to robimy.

Przygotowania i zakup rowerów

Chciałabym sobie przypomnieć kiedy padło pierwsze hasło “jedziemy w trippa rowerowego”, ale nie wiem. Chyba od zawsze za nami chodziło. A na pewno za Jeżyną. Może później zapytam się jej czy pamięta, kiedy mi zaproponowała taką wycieczkę i dopiszemy adnotację. Wiem jednak kiedy kupiłyśmy rowery: 24. kwietnia 2022 roku.

Podczas zakupu nie wiedziałyśmy nic. Jaki typ, model, jak to wszystko w ogóle ma wyglądać. Z pomocą przyszedł nam kumpel Jeżyny – Maurycy, który poszedł z nami na wrocławski targ “na młynie”. Tam szybko rzuciły nam się w oczy 2 retro rowery. Wolimy nie wnikać skąd wzieły się na targu staroci, ale wtedy wiedziałyśmy, że to właśnie te. Bez amortyzatorów, bez specjalistycznych dodatków, stare, po 330 zł za jeden.

 

Bierzemy je! Sprzedawca zszedł z ceny do 600 zł za dwa i godzinę później wracałyśmy do domu na czterech rowerach. (To był maj i mówiąc “wracałyśmy do domu” mam na myśli półwysep nad Odrą, gdzie zaparkowałyśmy Jeżobusa. Przez 2 tygodnie mieszkania nad rzeką odwiedziło nas ponad 30 osób, rozpaliłyśmy kilkanaście ognisk, zrobiłyśmy niejeden wspólny trening jogi  i swój początek miało tam wiele nowych pomysłów.)

 

Przez kolejny miesiąc kompletowałyśmy sprzęt, googlowałyśmy co się nam może przydać, a przede wszystkim – naprawiałyśmy nasze rowery. Tutaj największą pomocą była wrocławska rowerownia CRK, gdzie chłopaki nie tylko pomagali nam w naprawie, ale też uczyli nas jak to zrobić samemu. Dowiedziałyśmy się na przykład, że łańcuch rowerowy można wyczyścić w coli. Bleh.

 

Ostatnie poprawki i pierwszy etap podróży

 

Na półwysep pojechałyśmy Jeżobusem ładując wszystkie 4 rowery na pakę. Spotkania ze znajomymi, ostatnie przygotowania do wyprawy, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień wyjazdu! Jeżobus został w porcie w Jastarni, a my wsiadłyśmy do pociągu w kierunku Suwałk.

Nie było to wcale takie łatwe, jakie się mogło wydawać. My, 2 rowery, 4 sakwy i dodatkowe bagaże. Jednym słowem – ciężko. Dobrze że były miejsca na rowery w pociągu numer 1, bo często ich brakuje na trasie Władysławowo – Hel. Przesiadka w Trójmieście nie była najgorsza, bo windy na peronie działały; czego już nie można powiedzieć o tych w Warszawie. I niestety zero pomocy od kogokolwiek wokół. No cóż, dałyśmy radę – jak zawsze!

Do Suwałk dotarłyśmy kolejnym pociągiem po 12 godzinach podróży i tam rozbiłyśmy namiot po raz pierwszy. Miałyśmy szczęście, bo na camping wjechałyśmy w minucie, w której właściciel miał z niego wyjeżdżać.

Początek pedałowania

Rano pobudka, prysznic, pierwsze pakowanie całego sprzętu do sakw i jazda!

Kierunek – Wilno.

Początek był całkiem zabawny. Jechałyśmy przez wsie na Suwalszczyźnie i tak sobie gadałyśmy

“i co, my tak codziennie teraz będziemy pedałować?”.

Jak wybrałyśmy cel wyprawy

Krążąc palcem po mapie Europy nie miałyśmy pojęcia który kraj wybrać na takiego amatorskiego trippa rowerowego. 

Może Holandia? Nie, bo ją dobrze znamy. 

Południe? Za ciepło.

Północ? Za drogo.

Może Niemcy? Nie, bo…. nie.

“Ej mój dziadek urodził się w Wilnie, może tam pojedziemy?!” OKEJ!

No i zaczęło się planowanie. Może Litwa, Łotwa, Estonia – skoro już jedziemy? Ostatecznie stwierdziłyśmy, że jako pierwszy cel obierzemy Wilno, bo nie wiemy jak nam się będzie jechało. A fajnie dojechać chociaż w jedno miejsce. Drugim celem została Ryga na Łotwie i metą Tallin. 

 

Pierwsze problemy na trasie

Po raz pierwszy w życiu przekroczyłyśmy jakąkolwiek granicę na rowerze. Cóż za wspaniałe uczucie! Całkiem coś nowego. A to był dopiero zalążek prawdziwych przygód. Byłyśmy z siebie nieziemsko dumne, gdy na liczniku wskoczyło nam pierwsze 100 km, które przejechałyśmy o własnych siłach.

Początkowy odcinek trasy był raczej ciężki. Dzień w dzień uciekałyśmy przed deszczem. Raz wstałyśmy nawet o 7 rano, żeby o 14 być już na wyznaczonym miejscu noclegowym. Wiedziałyśmy że takie poświęcenie jest więcej warte, niż jazda w ulewie. Punkt 14:01 gdy weszłyśmy do zarezerwowanego na bookingu pokoju, zaczął padać deszcz. (kto nas zna, ten dobrze wie, że kochamy spać i pobudka o 7 to dla nas wyzwanie)

Innym problemem z którym się wtedy zmagałyśmy był jeszcze nie do końca rozpoczęty sezon campingowy na Litwie. Pierwsze dni czerwca, deszczowe dni, okres “pocovidowy”, więc jeszcze nie każdy zdecydował się na otwarcie bram swojego biznesu.

W pierwszej miejscówce, w której spałyśmy jeszcze przed granicą złapał nas ogromny deszcz wieczorem, ale na szczęście namiot miałyśmy już rozbity. Niestety nasze buty zostały na zewnątrz, gdy my zadowolone pichciłyśmy w zadaszonej kuchni. Następny poranek był pierwszym, kiedy przywdziałyśmy klapki na nasze stopy. I tak z nimi zostałyśmy przez ponad połowę podróży. W końcu lepiej pedałować w klapkach, niż co chwilę moczyć buty!

Minuty przed zachodem słońca dotarłyśmy do pierwszego campingu za granicą. Tutaj się mocno zaskoczyłyśmy, gdy nikogo nie zastałyśmy na miejscu. Pośrodku niczego, wokół las, jezioro, kilka pustych przyczep. Na szczęście po kilkunastu minutach pojawił się jakiś Pan, który nawet mówił po angielsku. Wyjaśnił nam, że sezon letni, się jeszcze nie rozpoczął, ale że to jest jego pole i możemy się rozbić namiotem gdzie chcemy. Juhu, jesteśmy uratowane! Co więcej – pokazał nam, że 200 metrów dalej jest toaleta z której możemy skorzystać i następnie zniknął w swojej przyczepie. To był pierwszy nocleg za darmo podczas naszej wycieczki.

 

Kolejnym dość ciekawym noclegiem podczas naszej “pierwszej setki” było rozłożenie namiotu w pałacu. A pałacem tym był taki duży namiot eventowy z plastikowymi przezroczystymi elementami imitującymi okna. Wszystko to przytrafiło się nam oczywiście na nieczynnym jeszcze campingu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nauczone poprzednimi wydarzeniami, zadzwoniłyśmy kilka godzin wcześniej na numer podany w googlach i jakiś pan nam powiedział, że możemy przyjechać i że camping jest otwarty… Ah Ci Litwini. No w każdym razie udało się nam przekonać innego pana (to był chyba syn pana od telefonu) że idzie burza i że nie mamy dokąd się udać. Wymyślił totalnie nieadekwatną cenę i doliczył jeszcze opłatę za prysznic. Pokazał, że bezpiecznie będzie nam w pałacu i poszedł. Około 2 tygodnie później spotkałyśmy w Estonii parę, która też jechała rowerami i opowiedziała nam historię o zamkniętym campingu, na którym pobierają opłatę dodatkową za prysznic…

 

Litewskie przygody

Przed rozpoczęciem podróży zastanawiałyśmy się ile mniej więcej kilometrów będziemy robić i ile zrobimy maksymalnie jednego dnia. Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, że 110, pomyślałabym że jest szalony.

Po zdobyciu pierwszego celu – Wilna – wiedziałyśmy, że nawet nieźle nam idzie to całe pedałowanie. Jednak wyjeżdżając z niego, nie wiedziałyśmy, gdzie spędzimy kolejną noc. I że przejedziemy 110 kilometrów. I że babcia z bookingu będzie nas chciała oszukać. 

Dotarłyśmy do jakiejś dziwnej, pustej miejscowości, gdzie miałyśmy zabookowany nocleg. W sakwie kupione piwko na wieczór. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jednak właścicielka szemranego hotelu(?) stwierdziła, że mamy usunąć swoją rezerwację i zapłacić jej gotówką. I to nie ona nam tłumaczyła tylko jakaś pani przez telefon, bo ona nie mówiła nic po angielsku. A my zero gotówki, wykończone po okropnie długim dniu. Myślałyśmy tylko o prysznicu i łóżku. Niestety stanęło na jej wersji wydarzeń i Jeżyna poszła z nią do bankomatu.

Wyobraźcie sobie moje przerażenie, gdy po 10 minutach wróciła tylko babcia… Na szczęście chwilę później Jeżyna też. Zapłaciłyśmy oczywiście więcej., niż przez booking (mamy poziom Genius3, co daje nam zniżki) i wreszcie mogłyśmy wejść do pokoju. Gramoliłyśmy się niemiłosiernie ze zdjęciem sakw z rowerów i włożeniem ich do piwnicy. Podczas tych 15 minut babcia stała nad nami i cały czas coś gadała. Nigdy się nie dowiemy co.

 

Muchy końskie na Łotwie

W momencie przekroczenia drugiej granicy – Łotewskiej – nastały upały i skończyły się utwardzone drogi. Nawet po ustawieniu nawigacji na rower miejski, mapy kierowały nas piaskami lub przez budowy. Dziwne.

To wszystko brzmi jak niezła szkoła przetrwania. I taką też była. Ale powtórzyłyśmy ją jeszcze raz!

Do dziś nie wiem, co można by zrobić, żeby muchy nie lgnęły do naszych spoconych ciał. Na takich pustkowiach raczej nic by nie pomogło. Byłyśmy ich jedynym celem. Niczym oaza na pustyni. Mogły się nas uczepić i sobie lecieć, nie męcząc się. I nie mówię tu o 5 muchach. Były to chmary, dziesiątki małych, większych, końskich much. Nie pomagał żaden spray na owady, ani przyspieszenie tempa jazdy. Nigdy nie widziałam Jeżyny tak zdesperowanej, żeby w upale pedałowała 5 razy szybciej. Czasem znikała mi z pola widzenia, a wtedy chmary much oblepiały mnie z całą swoją mocą. I tak w kółko.

Ciężko powiedzieć, że dużo zwiedziłyśmy na Łotwie, bo gdy dotarłyśmy do Rygi to powietrze miało jakieś 30 stopni, a w słońcu było jeszcze gorzej. Camping w centrum miasta nie miał ani pół cienia. Wykąpałyśmy się w rzece i stwierdziłyśmy, że na drugi dzień wsiadamy w pociąg i jedziemy nad morze. Wtedy zobaczyłam najwyższe w życiu wejście do pociągu (miał co najmniej 2 metry) i nigdy nie jechałam w gorętszym przedziale.

 

Łotewskie plaże są przepiękne

Wreszcie camping idealny: las, kilka metrów do plaży, mało ludzi. Oczywiście kilka godzin później złapała nas ogromna ulewa.. ale przynajmniej skończyły upały. I prawie zalało nam namiot. Jeżyna bohaterka pobiegła go przesunąć i wróciła mokra do majtek.

Wzdłuż wybrzeża Łotwy jechało się całkiem fajnie. Pomijając fakt, że większość czasu jechałyśmy drogą, którą szedł główny transport do Estonii. Była to jedyna droga, którą mogłyśmy się dostać do następnej granicy. Pobocze było całkiem szerokie, a zza drzew co jakiś czas pojawiało się morze. Męczący był huk oraz obracanie się, żeby sprawdzić, czy nie jedzie TIR. Zjeżdżałyśmy wtedy bardziej na prawo. No i brakowało nam lusterek. Wiemy czego nam potrzeba na następnego trippa.

 

Darmowe campingi w Estonii

W Estonii ugryzła mnie wreszcie mucha końska. To się musiało stać. Byłyśmy wtedy niedaleko campingu, na którym zastałyśmy około 15 mega luksusowych niemieckich kamperów. Wyobraźcie sobie miny ludzi, gdy przyjechałyśmy na rowerach w klapkach, rozbiłyśmy malutki namiot i zaczęłyśmy gotować na palniku turystycznym. Do dziś nie wiemy co robiła grupa 30 Niemców pośrodku niczego. Ale camping wybrali całkiem fajny. I dostałam od jego właścicielki ogromny liść kapusty, który miał pomóc w zmniejszeniu opuchlizny po ugryzieniu. Nie pomógł jak coś.

W internecie na jednym z estońskich stron (https://www.visitestonia.com) znalazłam miejsca, które są przeznaczone do darmowego biwakowania. Nazywają się RMK i łatwo je znaleźć w google maps. Jedno z nich było w miarę na naszej trasie, więc postanowiłyśmy to sprawdzić. Dojechałyśmy wtedy do punktu najbardziej wysuniętego na północny-zachód w Estonii. Ale nie tam było miejsce, którego szukałyśmy. Tam myślałyśmy, że kupimy wino w sklepie, jednak żadnego nie znalazłyśmy. Znalazłyśmy restaurację, która była zamknięta. Jednak przemiła pani właścicielka odsprzedała nam swoje własne winko zza lady, poczęstowała lodem i kubeczkami. Ah Ci Estończycy! Nigdy nie jechało się nam przez las i piasek tak spokojnie, jak po tym winie na plaży. 

Darmowe spanie przez resztę wyprawy

Na nasz pierwszy darmowy camping dojechałyśmy jeszcze przed zachodem słońca. Zastałyśmy tam całkiem sporo biwakowiczów z namiotami i zaczęłyśmy rozglądać się za idealną miejscówką na nocleg. Położone na granicy lasu, przez wydmę, sięgające plaży domki z drewnem, suche toalety (taki toi toi, ale zasypujesz go trocinami, jest eko i pachnie) ławeczki ze stolikami i specjalne palniki na ognisko. Raj! Jedynym minusem tego miejsca był ogrom mrówek. Spray na mrówki to punkt obowiązkowy, bo obłaziły nas tak, że nie dało się spokojnie dojść do plaży, tylko trzebabyło biec. 

Śpiąc na piasku jest trochę twardo, ale fajnie było odkryć takie miejsce na swojej trasie i całkiem nieźle wypocząć tej nocy. Następnego dnia odwiedziłyśmy jedną z dwóch płatnych atrakcji turystycznych jaką było zatopione więzienie Rummu. Piękne, polecamy! Później udałyśmy się na kolejny camping znaleziony tym razem w googlach i niewiarygodne było nasze zdziwienie, gdy okazał się również darmowym. Cóż – kolejna doba bez prysznica i internetu. Póżniej na trasie spałyśmy praktycznie całkiem za free.

 

Naprawa dętki pod sklepem

Uciekając jak najszybciej przez oberwaniem chmury do sklepu stało się najgorsze. Jeżynie pękła dętka w tylnej oponie. Doczłapałyśmy się jakoś biegiem pod daszek i tam zdolna Jeżyna zmieniła dętkę. To była jedyna taka wymiana, bo potem tylko kupiłyśmy jeszcze oponę. Jako że była lekko uszkodzona, mogła spowodować ponowne przebicie dętki.

W pięknym Tallinie spędziłyśmy kilka dni, a kiedy pogoda pokazywała tylko deszcze, postanowiłyśmy kupić bilet na prom i przeprawić się na drugą stronę morza. Uwielbiamy promy! Można tam zwiedzić kilka pięter, zjeść pizzę lub pójść do pubu. Zagrać na maszynach, jak w kasynie oraz kupić coś bezsensownego w strefie bezcłowej. Taki luksusowy rejs, tylko w miarę tani. Za 2 osoby i 2 rowery zapłaciłyśmy 50 euro. 

Wsiadając na pokład pogoda była beznadziejna, lał deszcz i ani śladu słońca. Dopływając do Helsinek pomiędzy setkami malutkich wysepek, witało nas słońce. Cóż za widok!

W fińskiej stolicy ciężko o jakikolwiek camping, ale dzięki tacie naszej kumpeli Szamajki, miałyśmy możliwość noclegu u Kasi. Serdeczne podziękowania dla niej, Agi i Moniki za cudowny czas! I prywatną saunę (podobno w Finlandii jest więcej saun, niż samochodów).

 

W Finlandii jest dużo gór

Jakto Finlandia skoro metą naszej wyprawy był Tallin? Takto! Wspaniale nam się pedałowało, miałyśmy jeszcze sporo zapasu czasowego, więc stwierdziłyśmy, że zdobędziemy kolejne miasta. Helsinki, Turku… Sztokholm. Jedźmy więc!

Tutaj zaskoczyłyśmy się mocno ukształtowaniem terenu. Kto by pomyślał, że nawet samo południe Finlandii jest takie górzyste. Zmuszone byłyśmy do zmniejszenia dziennego dystansu z około 60/70 kilometrów do 30/40. Połowa mniej kilometrów skutkowała dwukrotnym wydłużeniem się czasu dojazdu do Turku. A stamtąd miałyśmy płynąć promem do Szwecji. Dobrze że nie kupiłyśmy biletów wcześniej.

 

Spanie na dziko gdziekolwiek

Jadąc cudownymi lasami fińskimi wypatrywałyśmy łosia, ale niestety nie było nam dane go zobaczyć. Spotkałyśmy jednak sarny i Muminki. 

Noclegi w miejscowości, w której znajduje się Wyspa Muminków są mega drogie, a my tam wydałyśmy równe 0. Rozbiłyśmy w pobliskim lasku namiot i miałyśmy spokojną noc 200 metrów od głównej atrakcji. Trochę się naszukałyśmy tego lasku, ale liczy się efekt. Na drugi dzień mogłyśmy wejść na wyspę zaraz po otwarciu i spędzić tam kilka dobrych godzin. Odwiedziłyśmy domek Muminków, weszłam im nawet do łóżka, przytulałyśmy Mamę Muminków i innych członków ich rodzinki. Marzenie Jeżyny spełnione!

Na drugi dzień miałyśmy prom z Turku do Sztokholmu, jednak znowu nie wiedziałyśmy, gdzie śpimy. Znalazłyśmy “tani” pub i tam spędziłyśmy pół wieczoru i kawałek nocy, śpiewając fińskie karaoke z nowo poznanymi ludźmi. 

Spałyśmy 100 metrów od portu na trawniku pod zamkiem. W namiocie.

 

I cóż że ze Szwecji?

Tym razem pierwsze co zrobiłyśmy na promie, to była misja znaleźć kąt do spania i odespać nocne śpiewy. Na podłodze pod schodami spało się wyśmienicie. Jeżyna mnie obudziła, gdy poszła po napój i okazało się, że strefa bezcłowa jest zamknięta, bo mamy przystanek. Międzycumowanie? Prom zatrzymał się na wyspach Alandzkich, a gdy nie jest na wodzie, nie obowiązują ceny bez podatku. 

W Sztokholmie nie musiałyśmy się martwić o nocleg, jako że ugościł nas kumpel i jedną nockę spędziłyśmy u niego w domu, bo pracował w nocy, a drugą na jego żaglówce. Pojeździłyśmy po mieście, które jest piękne i fajnie odkrywać nowe, jednak bardziej jaramy się naturą, więc długo tam nie zabawiłyśmy. Poza tym nigdy nie szukamy miejsc “wartych do zobaczenia”, bo jak nie zdążymy czegoś zwiedzić, to nie jesteśmy rozczarowane. Zawsze zadowolone z tego co uda się nam zobaczyć.

Kilka kolejnych dni spędziłyśmy pedałując “na dół” Szwecji, aby dotrzeć do trzeciego na naszej trasie promu. Tym razem już ostatniego. 18 godzin spędziłyśmy na pokładzie, poznałyśmy nowych ziomków i wszyscy razem śpiewaliśmy Jeżynie “sto lat”.

Po 40 dniach w trasie, 23 lipca 2022 roku dopłynęłyśmy do Gdańska i tam skończyła się nasza wycieczka rowerowa, a zaczęła helska przygoda. Ale o tym innym razem.

Wizzy

PS Marzenia zmieniaj w plany, a plany realizuj.